Uwaga, uwaga, przed wami rozdział dwukrotnie dłuższy od poprzednich! :D
__________________
W samo południe siedziałam w kuchni sącząc gorącą kawę z kubka. Mama w tym czasie zaczęła zabierać się do gotowania obiadu. Dzisiejszy dzień zapowiadał się leniwie. Nie miałam żadnych planów i byłam wręcz pewna, że spędzę go zaszyta w czterech ścianach pokoju, zaczytując się w książkach. Znudzona, obracałam w palcach do połowy opróżnionym kubek z napojem, który parzył mi opuszki. Nagle, rozległo się pukanie do drzwi.
- Lily, otwórz proszę - powiedziała mama.
Powoli podeszłam do frontowych drzwi i nacisnęłam na klamkę, wpierw zobaczywszy w dziurce, kto przyszedł.
- Cześć! - zawołał rozradowany Rogacz od progu.
- Hej - przywitałam go z uśmiechem na twarzy. - Wejdź do środka i się rozgość.
Nie wiem jak on to robił, ale widząc jego twarz, od razu polepszył mi się humor.
- Kto to? - zapytała mama z kuchni.
- To James - odkrzyknęłam.
Po chwili moja rodzicielka znalazła się tuż koło mojego boku. Przez chwilę wpatrywała się zdezorientowana w gościa, ale już po chwili otarła ręce w fartuch i podała mu dłoń, uśmiechając się serdecznie.
- Anne Evans - przedstawiła się. - Mama Lily.
- James Potter - odpowiedział i uścisnął dłoń.
- Chodźcie do środka - zwróciła się do nas, ustępując miejsca w drzwiach.
Poszliśmy za nią do kuchni i usiedliśmy na drewnianych stołkach.
- Lily mi trochę o tobie opowiadała - oznajmiła. - Jesteś jej chłopakiem? - zapytała, świdrując mnie wzrokiem.
- Nie, mamo - odpowiedziałam szybko. - Jesteśmy przyjaciółmi.
- To świetnie - odparła, krojąc marchewkę. - Jak wakacje? Wyjechałeś już gdzieś? - zagadnęła.
- Na razie mijają dobrze, dziękuję - odpowiedział grzecznie. - Byłem razem z rodzicami i Syriuszem w Bułgarii na dwa tygodnie.
- I jak? Podobało ci się?
- Tak, bardzo. Dużo zwiedzaliśmy, chodziliśmy nad morze i na miasto.
- To się cieszę - uśmiechnęła się. - A jak ci idzie w szkole? Kim chciałbyś zostać?
- Cóż, idzie mi nie najgorzej. W tym roku będą owutemy, więc może być trochę ciężko. Osobiście chciałbym zostać aurorem.
- Słyszałam, że do tego zawodu trzeba być naprawdę dobrym uczniem. Lily też chce zostać aurorem - odrzekła, a po chwili dodała: - Zostawiam was na chwilę samych i idę do sklepu, bo zapomniałam kupić śmietany. Będę za dziesięć minut z powrotem!
Mama pospiesznie zdjęła fartuch, włożyła buty i wzięła trochę drobnych, po czym udała się do wyjścia.
- Idziemy do mnie do pokoju? - zapytałam.
- Jasne - przytaknął. Zaprowadziłam go po schodach na górę. Od razu po lewej stronie, mieścił się mój nieduży pokoik, który zamieszkiwałam w wakacje.
- Ładnie tutaj - stwierdził, sadowiąc się na łóżku. Usiadłam koło niego.
- Dziękuję. I jaką masz w końcu opinię o mojej mamie?
- Lubię ją. Jest bardzo miła, a co?
- A tak pytam - odparłam, poprawiając sobie włosy. - Co robimy?
- Jest wiele rzeczy, których możemy robić - uśmiechnął się łobuzersko.
- Na przykład? - uniosłam brwi wysoko do góry.
- Hm... No nie wiem. Czego tylko sobie zażyczysz.
W odpowiedzi, otoczyłam jego usta swoimi, zatracając się w mocnym, zapalczywym pocałunku.
- Tego sobie życzyłam - szepnęłam po dłuższej chwili, kiedy zabrakło mi tchu. James wziął w opuszki palców kosmyk moich włosów i zaczął okręcać go sobie wokół palca. Po paru sekundach popatrzył mi głęboko w oczy i zapytał poważnie:
- Czy chciałabyś zostać moją dziewczyną?
- Ale wiesz, że wtedy będę mogła ci robić wyrzuty, jak rzuci się na ciebie jakaś dziewczyna, a ja to opacznie zrozumiem? - powiedziałam pół żartem pół serio.
- Wiem, ale mnie to nie będzie przeszkadzać - odparł, szczerząc do mnie zęby.
- A wtedy ci przeszkadzało?
- Nie, wręcz przeciwnie - zaprzeczył, kręcąc głową. - Czyli... Zgadzasz się zostać moją dziewczyną?
- Tak, właśnie tak - zaśmiałam się. - To może teraz, jako oficjalna para, wyjdziemy na jakiś spacer czy coś? - zaproponowałam.
- Nie ma sprawy - przytaknął.
Zeszliśmy na dół. Mama już zdążyła wrócić, i krzątała się po kuchni, przygotowując obiad. Poinformowałam ją, że wychodzimy, po czym skierowaliśmy się do wyjścia.
- Gdzie idziemy? - zapytałam.
- Przed siebie - odpowiedział z miną znawcy. - Jest tu gdzieś w pobliżu jakiś park?
- Tak, jest. A co?
- To idziemy do parku! - oświadczył entuzjastycznie.
- Super - zaśmiałam się. - A co my tam będziemy robić?
- Spacerować - odrzekł.
- A jak nam się znudzi? - zapytałam.
- Odczuwam wrażenie, że martwisz się na zapas.
- Znalazł się psycholog - wywróciłam oczami.
- Kto? - zdziwił się, marszcząc czoło.
- W mugolskim świecie jest to specjalista, który pomaga ludziom w rozwiązaniu ich problemów.
- Ale po co?
- A skąd mam wiedzieć? Nie mnie się pytaj.
Przed nami ukazał się widok mnóstwa zielonych koron drzew.
- Już jesteśmy - oznajmiłam, po chwili. Pociągnęłam Rogacza za rękę i szybkim krokiem ruszyliśmy na plac zabaw. Podbiegłam do huśtawki, siadając na niej i odbijając nogami w przód i w tył.
- Pohuśtać cię? - spytał, przyglądając się moim poczynaniom.
- Bardzo chętnie.
James podszedł bliżej i stanął z boku odpychając od siebie łańcuch. Wzbijałam się coraz wyżej.
- Mam już dość - krzyknęłam z góry, kiedy wzniosłam się naprawdę wysoko. Śniadanie wirowało mi w brzuchu w górę i w dół. Zaczęłam szurać butami, zatrzymując się.
- Rany, Lily, jesteś blada jak ściana - skomentował Rogacz, wpatrując się we mnie uważnie.
- Nigdy więcej tak wysokiego huśtania - szepnęłam.
- Przepraszam... - powiedział.
- Nic się nie stało - zdobyłam się na lekki uśmiech. - Nie jest aż tak źle.
- Już po mału nabierasz kolorów - skwitował. - To dobry znak.
Kiwnęłam głową na znak zgody.
- To teraz może ciebie pohuśtać? - zaproponowałam, kiedy żołądek mi się uspokoił.
- Nie, dzięki - odmówił.
- Och, daj spokój - żachnęłam się. - To tylko huśtawka.
- Nie lubię się huśtać - powiedział.
- Dlaczego? - zapytałam zdziwiona. - Ja od zawsze wręcz uwielbiałam.
- Jak miałem pięć lat, spadłem z huśtawki i porządnie rozbiłem sobie kolano. Musieliśmy z tym jechać do świętego Munga - zwierzył się. - Od tej pory nie przepadam za huśtawkami.
- Ale teraz masz lat szesnaście, nie pięć - uśmiechnęłam się łobuzersko.
- I tak nie lubię huśtawek - stawiał na swoim.
Zbliżyłam swoją twarz do twarzy Jamesa i pocałowałam go przelotnie w usta.
- Nadal jesteś tego taki pewny? - zapytałam szeptem, opierając się czołem o jego czoło.
- Tak.
Przyciągnęłam go bliżej do siebie i wpiłam się w jego wargi, całując miękko i delikatnie. Otoczył moje plecy dłońmi.
- A teraz? - spytałam.
- Już trochę bardziej lubię huśtawki - oświadczył.
- Ja tam w ogóle nie rozumiem, jak można nie lubić huśtawek - westchnęłam.
- Widzisz, jednak można - zaśmiał się, a ja razem z nim.
- To co w końcu robimy? - zapytałam.
- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Wpadnij do mnie do domu jeszcze w te wakacje. Posiedzimy sobie z Syriuszem, Dorcas oraz Remusem. Pewnie też gdzieś wyjdziemy, jak znam życie. Łapa nie potrafi długo usiedzieć w jednym miejscu.
- Bardzo chętnie, dzięki za zaproszenie - odpowiedziałam. - A kiedy bym mogła przyjść?
- Kiedy tylko będziesz chciała - wyszczerzył do mnie zęby. - Jestem do twojej dyspozycji.
- To super - odparłam ze śmiechem. - Skorzystam z zaproszenia, przy najbliższej okazji.
- Pamiętaj, że masz zaproszenie wielokrotnego użytku! - przypomniał.
- Dobrze, mam nadzieję, iż jednak nie zapomnę - zażartowałam.
Resztę dnia spędziliśmy razem, śmiejąc się, wygłupiając oraz grając w berka po całym parku. Byliśmy również na wielkiej porcji lodów, w pobliskiej budce. W końcu na dworze zaczęło się ściemniać.
- Która godzina? - zapytał Rogacz, mierzwiąc sobie włosy.
- Na gacie Merlina - zaklęłam, wpatrując się we wskazówki zegarka. - Dochodzi dwudziesta pierwsza.
- Odprowadzę cię do domu - zaoferował się.
- Nie musisz - machnęłam ręką.
- Muszę - odrzekł poważnie.
- Jak chcesz - ustąpiłam.
Ruszyliśmy w kierunku mojego domu. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. James otoczył mnie ramieniem. Na ulicach zaczęły zapalać się latarnie.
- I jak ci się podobał dzisiejszy dzień? - zagaił, kiedy szliśmy w milczeniu.
- Był wspaniały - odrzekłam. - Dziękuję.
- Nie masz za co.
- Chodźmy szybciej, bo będę mieć awanturę w domu od mamy - powiedziałam.
- Oczywiście - przytaknął.
Po upływie piętnastu minut, znaleźliśmy się pod moim domem. Zatrzymaliśmy się tuż pod furtką. Rogacz wplótł palce w moje włosy i obdarzył cudownym pocałunkiem, pod wpływem którego zmiękły mi kolana.
- Do zobaczenia już wkrótce - pożegnał się. - Wpadnij do mnie, kiedy tylko nie będziesz mieć żadnych planów.
- Dobrze. Pa! - zawołałam na odchodnym i przeszłam przez furtkę, aby po chwili znaleźć się w cieplutkim mieszkaniu.
środa, 16 stycznia 2013
czwartek, 6 grudnia 2012
52. Koncert Fatalnych Jędz
I znów wyszła mi dłuższa notka niż powinna być. No ale lepiej dla was. :) Bardzo proszę, po przeczytaniu klikajcie w reakcje. Zajmuje to zaledwie dwie sekundy, a jak cieszy!
____________________
Siedziałam na huśtawce ogrodowej, po przeciwnej stronie domu. Z drugiego końca dobiegały odgłosy rozmów i śmiechu, prawie całkowicie zagłuszone przez muzykę. Kołysałam się lekko, wpatrując w granatowe niebo pokryte gwiazdami. Po piętnastej z kolei piosence przetańczonej z Jamesem, chciałam zrobić sobie przerwę i odetchnąć świeżym powietrzem.
- Dlaczego siedzisz sama? - do moich uszu dotarł ciepły głos, który wyrwał mnie z zadumy.
- Czasami lubię posiedzieć w ciszy - odpowiedziałam Jamesowi, który usiadł obok mnie na huśtawce.
- Mam tak samo - odrzekł, mierzwiąc sobie włosy. - Nie tańczysz?
Pokręciłam przecząco głową.
- Czekam na Fatalne Jędze - oświadczyłam.
- Kogo? - zdziwił się, marszcząc brwi.
- To ulubiony zespół Amy. O dwudziestej trzeciej wstąpią na scenę, więc wtedy pójdę tańczyć. A ciebie dlaczego nie ma na parkiecie?
- Ponieważ gdzieś mi zniknęłaś - uśmiechnął się zawadiacko.
- James, przecież wyszłam na ile... Dwadzieścia minut? - uniosłam kąciki ust w pobłażliwym uśmiechu.
- Być może - przyznał mi rację z miną znawcy.
Zaśmiałam się.
- Tęskniłem za tobą - zmienił temat.
- A ja za tobą nie - odparłam dziecinnym tonem głosu i wystawiłam mu język.
- A ja sądzę, że kłamiesz.
- Wcale nie - przekomarzałam się.
- Ale ja i tak wiem swoje - skwitował, przedrzeźniając mój głos.
Prychnęłam teatralnie.
- A wiesz, co jeszcze wiem? - uśmiechnął się tajemniczo.
- Niby co? - zapytałam wyzywająco.
- Że chcesz mnie pocałować.
Cholera, czy to aż tak bardzo widać? - zadałam sobie pytanie w myślach, nie śmiejąc nawet wypowiedzieć go na głos.
- Nieprawda - kłóciłam się.
- A ja sądzę, że prawda - wyszczerzył do mnie zęby. - Widać to po tobie.
- Znalazł się znawca - odfuknęłam.
- Słodko wyglądasz jak się złościsz - stwierdził.
Wywróciłam oczami. James przybliżył swoją twarz do mojej i bez zapowiedzi, złożył subtelny pocałunek na moich ustach. Przywarłam do niego bardziej, zapominając o wcześniejszym przekomarzaniu się. Po jakimś czasie, delikatnie odepchnął mnie od siebie.
- A nie mówiłem? - na jego twarzy wystąpił triumfalny uśmiech.
- Ojj, już dobrze, miałeś rację - ustąpiłam. - Aż tak bardzo to było po mnie widać?
- Co? To, że niby chciałaś mnie pocałować? - zapytał. - Nie, tak naprawdę było na odwrót, ale posłużyłem się twoim kosztem. Ale przyznajesz, chciałaś mnie pocałować, prawda?
- Nie powiem nie, gdyż byłoby to kłamstwem - wyjaśniłam.
- Tak, wiem, urokowi Jamesa Pottera nie sposób się oprzeć - wypalił, szczerząc do mnie zęby, za co trzepnęłam go w głowę.
- Auć! Za co to było? - jęknął, masując obolałe miejsce.
- Za zbyt wybujałe mniemanie o sobie - odpowiedziałam. - A teraz chodźmy, bo za chwilę rozpocznie się koncert.
- Ale w sumie, to nie jest do końca koncert - zamyślił się.
- Ale można tak to ująć - ucięłam.
- Lil... - zaczął, ale mu przerwałam, ciągnąc go za rękę w kierunku stołów i sceny, gdzie za chwilę miały rozpocząć występ Fatalne Jędze. W momencie kiedy doszliśmy, zespół wkroczył na scenę, a wokalistka zawołała do mikrofonu:
- Specjalnie dla nowożeńców z dedykacją od Fatalnych Jędz!
Czwórka dziewczyn zaczęła przygrywać jakąś melodię, a po chwili dołączyła się do nich liderka, zaczynając śpiewać. Pierwsza piosenka nie wywołała szczególnej furory i tylko nieliczni wstali, aby bawić się w rytm utworu. Kiedy kapela zagrała połowę drugiego kawałka, Rogaty porwał mnie do tłumu młodzieży, która stała pod samą sceną skacząc i podśpiewując refren z wokalistką. Wśród nich byli już Syriusz z Dorcas oraz Danny z Amy. Po drugiej piosence bez dwóch zdań mogłam stwierdzić, że Fatalne Jędze są świetne. Po riffie kończącym drugi utwór, zagrzmiała burza oklasków i gwizdów. Dalej piosenki leciały jedna za drugą, zdobywając coraz większą ilość fanów. Nawet co poniektórzy z początku sceptycznie nastawieni do Fatalnych Jędz goście, zaczęli wkraczać na scenę. Po pięciu kawałkach, stoliki całkowicie opustoszały, a zespół jednogłośnie okrzyknął nas najlepszą publicznością, z jaką kiedykolwiek mieli styczność. Dziko wirowałam na parkiecie, razem z resztą osób wrzeszcząc na całe gardło refren, co było niesamowite. Po dwudziestu utworach, zespół zarządził krótką przerwę. Podeszłam do stolika, aby nalać sobie soku dyniowego i na chwilę odsapnąć, gdyż złapała mnie kolka.
- Są ekstra, co nie? - zagadnęła Dorcas, której rozczapierzone i mokre włosy, sterczały na wszystkie strony. Złapałam za sok dyniowy i po nalaniu go do pucharu, jednym haustem opróżniłam całość.
- Nie dziwię się, że to ulubiony zespół Amy - odparłam.
- I teraz także mój ulubiony - dodała Dorcas, poprawiając wilgotne włosy. - Bardzo mi się rozwaliła fryzura?
- I to jeszcze jak - zaśmiałam się. - Chociaż wyglądasz w porządku.
- Niezbyt w to wierzę, ale dzięki - odpowiedziała i przeniosła wzrok na scenę. - Koniec przerwy, teraz czas na ballady. Idziesz? - zapytała.
- Jeszcze się pytasz! - zawołałam za nią i wstałam od stolika, wraz z pierwszym dźwiękiem gitary. Zaraz u mojego boku, pojawił się James.
- Zatańczysz ze mną? - zapytał, na co przytaknęłam. Zaczęliśmy się kołysać w rytm wolnej muzyki i kojącego głosu wokalistki. Wtulona w Rogatego, tańczyłam aż do końca całego koncertu.
____________________
Siedziałam na huśtawce ogrodowej, po przeciwnej stronie domu. Z drugiego końca dobiegały odgłosy rozmów i śmiechu, prawie całkowicie zagłuszone przez muzykę. Kołysałam się lekko, wpatrując w granatowe niebo pokryte gwiazdami. Po piętnastej z kolei piosence przetańczonej z Jamesem, chciałam zrobić sobie przerwę i odetchnąć świeżym powietrzem.
- Dlaczego siedzisz sama? - do moich uszu dotarł ciepły głos, który wyrwał mnie z zadumy.
- Czasami lubię posiedzieć w ciszy - odpowiedziałam Jamesowi, który usiadł obok mnie na huśtawce.
- Mam tak samo - odrzekł, mierzwiąc sobie włosy. - Nie tańczysz?
Pokręciłam przecząco głową.
- Czekam na Fatalne Jędze - oświadczyłam.
- Kogo? - zdziwił się, marszcząc brwi.
- To ulubiony zespół Amy. O dwudziestej trzeciej wstąpią na scenę, więc wtedy pójdę tańczyć. A ciebie dlaczego nie ma na parkiecie?
- Ponieważ gdzieś mi zniknęłaś - uśmiechnął się zawadiacko.
- James, przecież wyszłam na ile... Dwadzieścia minut? - uniosłam kąciki ust w pobłażliwym uśmiechu.
- Być może - przyznał mi rację z miną znawcy.
Zaśmiałam się.
- Tęskniłem za tobą - zmienił temat.
- A ja za tobą nie - odparłam dziecinnym tonem głosu i wystawiłam mu język.
- A ja sądzę, że kłamiesz.
- Wcale nie - przekomarzałam się.
- Ale ja i tak wiem swoje - skwitował, przedrzeźniając mój głos.
Prychnęłam teatralnie.
- A wiesz, co jeszcze wiem? - uśmiechnął się tajemniczo.
- Niby co? - zapytałam wyzywająco.
- Że chcesz mnie pocałować.
Cholera, czy to aż tak bardzo widać? - zadałam sobie pytanie w myślach, nie śmiejąc nawet wypowiedzieć go na głos.
- Nieprawda - kłóciłam się.
- A ja sądzę, że prawda - wyszczerzył do mnie zęby. - Widać to po tobie.
- Znalazł się znawca - odfuknęłam.
- Słodko wyglądasz jak się złościsz - stwierdził.
Wywróciłam oczami. James przybliżył swoją twarz do mojej i bez zapowiedzi, złożył subtelny pocałunek na moich ustach. Przywarłam do niego bardziej, zapominając o wcześniejszym przekomarzaniu się. Po jakimś czasie, delikatnie odepchnął mnie od siebie.
- A nie mówiłem? - na jego twarzy wystąpił triumfalny uśmiech.
- Ojj, już dobrze, miałeś rację - ustąpiłam. - Aż tak bardzo to było po mnie widać?
- Co? To, że niby chciałaś mnie pocałować? - zapytał. - Nie, tak naprawdę było na odwrót, ale posłużyłem się twoim kosztem. Ale przyznajesz, chciałaś mnie pocałować, prawda?
- Nie powiem nie, gdyż byłoby to kłamstwem - wyjaśniłam.
- Tak, wiem, urokowi Jamesa Pottera nie sposób się oprzeć - wypalił, szczerząc do mnie zęby, za co trzepnęłam go w głowę.
- Auć! Za co to było? - jęknął, masując obolałe miejsce.
- Za zbyt wybujałe mniemanie o sobie - odpowiedziałam. - A teraz chodźmy, bo za chwilę rozpocznie się koncert.
- Ale w sumie, to nie jest do końca koncert - zamyślił się.
- Ale można tak to ująć - ucięłam.
- Lil... - zaczął, ale mu przerwałam, ciągnąc go za rękę w kierunku stołów i sceny, gdzie za chwilę miały rozpocząć występ Fatalne Jędze. W momencie kiedy doszliśmy, zespół wkroczył na scenę, a wokalistka zawołała do mikrofonu:
- Specjalnie dla nowożeńców z dedykacją od Fatalnych Jędz!
Czwórka dziewczyn zaczęła przygrywać jakąś melodię, a po chwili dołączyła się do nich liderka, zaczynając śpiewać. Pierwsza piosenka nie wywołała szczególnej furory i tylko nieliczni wstali, aby bawić się w rytm utworu. Kiedy kapela zagrała połowę drugiego kawałka, Rogaty porwał mnie do tłumu młodzieży, która stała pod samą sceną skacząc i podśpiewując refren z wokalistką. Wśród nich byli już Syriusz z Dorcas oraz Danny z Amy. Po drugiej piosence bez dwóch zdań mogłam stwierdzić, że Fatalne Jędze są świetne. Po riffie kończącym drugi utwór, zagrzmiała burza oklasków i gwizdów. Dalej piosenki leciały jedna za drugą, zdobywając coraz większą ilość fanów. Nawet co poniektórzy z początku sceptycznie nastawieni do Fatalnych Jędz goście, zaczęli wkraczać na scenę. Po pięciu kawałkach, stoliki całkowicie opustoszały, a zespół jednogłośnie okrzyknął nas najlepszą publicznością, z jaką kiedykolwiek mieli styczność. Dziko wirowałam na parkiecie, razem z resztą osób wrzeszcząc na całe gardło refren, co było niesamowite. Po dwudziestu utworach, zespół zarządził krótką przerwę. Podeszłam do stolika, aby nalać sobie soku dyniowego i na chwilę odsapnąć, gdyż złapała mnie kolka.
- Są ekstra, co nie? - zagadnęła Dorcas, której rozczapierzone i mokre włosy, sterczały na wszystkie strony. Złapałam za sok dyniowy i po nalaniu go do pucharu, jednym haustem opróżniłam całość.
- Nie dziwię się, że to ulubiony zespół Amy - odparłam.
- I teraz także mój ulubiony - dodała Dorcas, poprawiając wilgotne włosy. - Bardzo mi się rozwaliła fryzura?
- I to jeszcze jak - zaśmiałam się. - Chociaż wyglądasz w porządku.
- Niezbyt w to wierzę, ale dzięki - odpowiedziała i przeniosła wzrok na scenę. - Koniec przerwy, teraz czas na ballady. Idziesz? - zapytała.
- Jeszcze się pytasz! - zawołałam za nią i wstałam od stolika, wraz z pierwszym dźwiękiem gitary. Zaraz u mojego boku, pojawił się James.
- Zatańczysz ze mną? - zapytał, na co przytaknęłam. Zaczęliśmy się kołysać w rytm wolnej muzyki i kojącego głosu wokalistki. Wtulona w Rogatego, tańczyłam aż do końca całego koncertu.
sobota, 10 listopada 2012
51. Wesele
Rozdział dużo dłuższy niż być powinien. Ale to chyba dobrze, prawda? :) Zapraszam do czytania i klikania w reakcje.
_______________
Tego wieczoru spałam na materacu rozłożonym w pokoju Dorcas. Nazajutrz rano, obudziła nas mama Dory z prośbą nakrycia do stołów. Wstałam i spojrzałam na zegarek. Była godzina dziesiąta. Pospiesznie ubrałyśmy się i zeszłyśmy do kuchni. Pani Meadowes podsunęła nam talerz z kanapkami i razem z jej siostrą oraz mamą Amy zabrały się do dalszego gotowania. Zjadłyśmy w milczeniu, a po skończonym posiłku wzięłyśmy ze sobą stos obrusów oraz talerzy i wyszłyśmy do dość sporych rozmiarów ogrodu. Na trawniku był już rozłożony ogromny, prostokątny stół, a wokół niego wujkowie Dorcas kończyli rozstawiać krzesła. Szybko uporałyśmy się z nakrywaniem, i niedługo potem poleciałyśmy kolejną rundkę tym razem po szklanki, a później jeszcze po sztućce, które sprawiły nam najwięcej kłopotów. Kiedy skończyłyśmy, przy furtce domu państwa Meadowes pojawili się Huncwoci. Syriusz z Bułgarii wrócił jedynie o odcień ciemniejszy, natomiast James ładnie opalony. Zastałyśmy go z zarumienionymi na złoty brąz policzkami, które ładnie współgrały z jego orzechowymi oczami, przy czym wyglądał jeszcze bardziej zachwycająco niż zwykle. Niewiele myśląc, podbiegłam i napadłam na Rogacza, w wyniku którym prawie się przewrócił. Oplotłam jego szyję ramionami i przyciągnęłam do siebie, przywierając wargami do jego ust. James objął mnie i odwzajemnił pocałunek, równie zachłannie co ja. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo mi go brakowało. Łapa chrząknął znacząco, a do mnie dotarło, że obserwują nas trzy osoby. Niechętnie odsunęłam się od Rogacza, który skomentował całe zajście słowami:
- Tak powinniśmy się witać codziennie.
Remus uśmiechnął się pod nosem, a Syriusz trzymając Dorcas za rękę wyszczerzył do mnie zęby i powiedział:
- A nie mówiłem, że jestem jasnowidzem? Jak ci przepowiedziałem, iż będziesz chodzić z Jamesem to nie uwierzyłaś - westchnął teatralnie. - Ale taki już los jasnowidzów. Nikt nie wierzy w ich zdolności.
Puściliśmy tą uwagę mimo uszu i podreptaliśmy do kuchni. Od razu dostaliśmy całą listę zleceń i rozeszliśmy się, aby wykonać swoją pracę. W dniu ślubu wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. O trzynastej, wraz z Dorcas skończyłyśmy swoją pracę i pobiegłyśmy na górę przygotować się do ślubu. Wzięłam prysznic i po pół godzinie wyszłam, a Dorcas zajęła moje miejsce. Ubrałam się w kremową sukienkę bez rękawów, którą dostałam na początku wakacji od rodziców, botki i beżowy sweterek. Dołożyłam do tego biżuterię, makijaż i rozczesałam włosy. Po upływie czasu, wyszła Dorcas już ubrana w granatową sukienkę, buty na lekkim obcasie w tym samym kolorze oraz niebieską bransoletkę i naszyjnik. Przyjaciółka nagrzała lokownicę i z moich kasztanowo-rudych włosów zrobiła lekkie fale. Kosmyki w pobliżu skroni, upięła beżowymi wsuwkami z małymi różyczkami. Swoje czarne włosy zgarnęła na prawy bok i pofalowała. Po ostatnich poprawkach, zeszłyśmy na dół i piechotą podreptałyśmy do małego, mugolskiego kościółka, mieszczącego się niedaleko miejsca zamieszkania przyjaciółki. W czasie drogi, dogonili nas przywdziani w czarne szaty wyjściowe Huncwoci z uczesanymi włosami, co stanowiło niecodzienny widok.
- Nie spóźniliśmy się? - zapytał Remus, lekko dysząc.
Pokręciłam przecząco głową.
- Akurat zjawiliście się w dobrym momencie. Za parę minut rozpocznie się ślub - odpowiedziała Dorcas.
Doszliśmy do kościółka. Ja, Dora i jeszcze trzy inne, starsze od nas dziewczyny były druhnami. Po dwóch minutach rozpoczął się marsz weselny. Wszyscy wstali. Pan młody czekał przed ołtarzem, a tata panny młodej powoli prowadził ją do niego. Po powiedzeniu sobie "tak" oraz szybkim pocałunku, ceremonia się skończyła i zaproszeni goście kierowali się do domu rodziców Dorcas, gdzie miała odbyć się dalsza część uroczystości. Wszyscy zaczęli podchodzić do Danny'ego i Amy, składając im życzenia oraz obdarowując prezentami. Ja również podeszłam, złożyłam im gratulacje oraz dałam kwiaty z dołączoną do nich kopertą. Nieco później goście zasiedli przy stole, a ja, Dorcas i mamy państwa młodych zaczęły przynosić dania. Stół zaczął zapełniać się przeróżnymi wyszukanymi potrawami, pieczeniami i zupami. Następnie nadeszła kolej na desery i napoje, gdzie głównie uczestniczyła ognista whiskey. Dorcas zdradziła mi, że specjalnie na tę okazję, jej rodzice zatrudnili początkujący zespół o nazwie Fatalne Jędze, jednakże dopiero wkroczy na scenę o dwudziestej trzeciej. Po posiłku, Danny i Amy zatańczyli pierwszy taniec, a po paru utworach zaczęły dołączać się kolejne pary. Huncwoci parokrotnie wyciągnęli mnie na parkiet. Do tańca zaprosili mnie również inni goście, w tym starsi kuzyni Dorcas. O godzinie dwudziestej pierwszej, było już ciemno. Znudziło mi się wirowanie na parkiecie i z niecierpliwością czekałam na Fatalne Jędze pełna ciekawości co to za zespół. Wychodząc do toalety, natknęłam się na pannę młodą.
- Och, cześć - powiedziałam, unosząc kąciki ust w promienny uśmiech.
- Witaj, Lily. Dziękuję za to, że pomogłaś w przygotowaniu do wesela - rzekła. - Jest naprawdę cudowne!
Machnęłam lekceważąco ręką.
- Drobiazg - odparłam. - Zresztą ja aż tak bardzo do tego wesela się nie przyczyniłam. Podziękowania bardziej należą się rodzicom Danny'ego i twoim.
- Ale mimo wszystko dużo pomagałaś w porządkach, pieczeniu ciast i wielu innych. Obserwowałam wasze poczynania przez okno, w czasie, kiedy kuzynki robiły mi fryzurę, a wierz mi, był to dość długotrwały proces - mrugnęła do mnie.
Zaśmiałam się perliście.
- Dobrze, nie zatrzymuję cię już dłużej, bo jeszcze się zorientują, że cię nie ma i zaczną poszukiwania - zażartowałam.
- Mam nadzieję, że jednak nie dojdzie do tej sytuacji, bo jeszcze koncert Fatalnych Jędz mi odwołają - odrzekła i natychmiast zasłoniła sobie usta dłonią. - Och nie! To miała być niespodzianka! - jęknęła.
- Dorcas mi już o tym powiedziała - poinformowałam.
- Tak? - zdziwiła się. - Miała nikomu nie mówić. No nieważne. Fatalne Jędze to mój ulubiony zespół, od kiedy pierwszy raz zagrały w Dziurawym Kotle. Nie ma co, są świetne! - zawołała. - A najlepsze jest to, że zagrają na moim własnym ślubie! No dobrze, idę zatańczyć z mężem. Do zobaczenia! - rzuciła na odchodne.
_______________
Tego wieczoru spałam na materacu rozłożonym w pokoju Dorcas. Nazajutrz rano, obudziła nas mama Dory z prośbą nakrycia do stołów. Wstałam i spojrzałam na zegarek. Była godzina dziesiąta. Pospiesznie ubrałyśmy się i zeszłyśmy do kuchni. Pani Meadowes podsunęła nam talerz z kanapkami i razem z jej siostrą oraz mamą Amy zabrały się do dalszego gotowania. Zjadłyśmy w milczeniu, a po skończonym posiłku wzięłyśmy ze sobą stos obrusów oraz talerzy i wyszłyśmy do dość sporych rozmiarów ogrodu. Na trawniku był już rozłożony ogromny, prostokątny stół, a wokół niego wujkowie Dorcas kończyli rozstawiać krzesła. Szybko uporałyśmy się z nakrywaniem, i niedługo potem poleciałyśmy kolejną rundkę tym razem po szklanki, a później jeszcze po sztućce, które sprawiły nam najwięcej kłopotów. Kiedy skończyłyśmy, przy furtce domu państwa Meadowes pojawili się Huncwoci. Syriusz z Bułgarii wrócił jedynie o odcień ciemniejszy, natomiast James ładnie opalony. Zastałyśmy go z zarumienionymi na złoty brąz policzkami, które ładnie współgrały z jego orzechowymi oczami, przy czym wyglądał jeszcze bardziej zachwycająco niż zwykle. Niewiele myśląc, podbiegłam i napadłam na Rogacza, w wyniku którym prawie się przewrócił. Oplotłam jego szyję ramionami i przyciągnęłam do siebie, przywierając wargami do jego ust. James objął mnie i odwzajemnił pocałunek, równie zachłannie co ja. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo mi go brakowało. Łapa chrząknął znacząco, a do mnie dotarło, że obserwują nas trzy osoby. Niechętnie odsunęłam się od Rogacza, który skomentował całe zajście słowami:
- Tak powinniśmy się witać codziennie.
Remus uśmiechnął się pod nosem, a Syriusz trzymając Dorcas za rękę wyszczerzył do mnie zęby i powiedział:
- A nie mówiłem, że jestem jasnowidzem? Jak ci przepowiedziałem, iż będziesz chodzić z Jamesem to nie uwierzyłaś - westchnął teatralnie. - Ale taki już los jasnowidzów. Nikt nie wierzy w ich zdolności.
Puściliśmy tą uwagę mimo uszu i podreptaliśmy do kuchni. Od razu dostaliśmy całą listę zleceń i rozeszliśmy się, aby wykonać swoją pracę. W dniu ślubu wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. O trzynastej, wraz z Dorcas skończyłyśmy swoją pracę i pobiegłyśmy na górę przygotować się do ślubu. Wzięłam prysznic i po pół godzinie wyszłam, a Dorcas zajęła moje miejsce. Ubrałam się w kremową sukienkę bez rękawów, którą dostałam na początku wakacji od rodziców, botki i beżowy sweterek. Dołożyłam do tego biżuterię, makijaż i rozczesałam włosy. Po upływie czasu, wyszła Dorcas już ubrana w granatową sukienkę, buty na lekkim obcasie w tym samym kolorze oraz niebieską bransoletkę i naszyjnik. Przyjaciółka nagrzała lokownicę i z moich kasztanowo-rudych włosów zrobiła lekkie fale. Kosmyki w pobliżu skroni, upięła beżowymi wsuwkami z małymi różyczkami. Swoje czarne włosy zgarnęła na prawy bok i pofalowała. Po ostatnich poprawkach, zeszłyśmy na dół i piechotą podreptałyśmy do małego, mugolskiego kościółka, mieszczącego się niedaleko miejsca zamieszkania przyjaciółki. W czasie drogi, dogonili nas przywdziani w czarne szaty wyjściowe Huncwoci z uczesanymi włosami, co stanowiło niecodzienny widok.
- Nie spóźniliśmy się? - zapytał Remus, lekko dysząc.
Pokręciłam przecząco głową.
- Akurat zjawiliście się w dobrym momencie. Za parę minut rozpocznie się ślub - odpowiedziała Dorcas.
Doszliśmy do kościółka. Ja, Dora i jeszcze trzy inne, starsze od nas dziewczyny były druhnami. Po dwóch minutach rozpoczął się marsz weselny. Wszyscy wstali. Pan młody czekał przed ołtarzem, a tata panny młodej powoli prowadził ją do niego. Po powiedzeniu sobie "tak" oraz szybkim pocałunku, ceremonia się skończyła i zaproszeni goście kierowali się do domu rodziców Dorcas, gdzie miała odbyć się dalsza część uroczystości. Wszyscy zaczęli podchodzić do Danny'ego i Amy, składając im życzenia oraz obdarowując prezentami. Ja również podeszłam, złożyłam im gratulacje oraz dałam kwiaty z dołączoną do nich kopertą. Nieco później goście zasiedli przy stole, a ja, Dorcas i mamy państwa młodych zaczęły przynosić dania. Stół zaczął zapełniać się przeróżnymi wyszukanymi potrawami, pieczeniami i zupami. Następnie nadeszła kolej na desery i napoje, gdzie głównie uczestniczyła ognista whiskey. Dorcas zdradziła mi, że specjalnie na tę okazję, jej rodzice zatrudnili początkujący zespół o nazwie Fatalne Jędze, jednakże dopiero wkroczy na scenę o dwudziestej trzeciej. Po posiłku, Danny i Amy zatańczyli pierwszy taniec, a po paru utworach zaczęły dołączać się kolejne pary. Huncwoci parokrotnie wyciągnęli mnie na parkiet. Do tańca zaprosili mnie również inni goście, w tym starsi kuzyni Dorcas. O godzinie dwudziestej pierwszej, było już ciemno. Znudziło mi się wirowanie na parkiecie i z niecierpliwością czekałam na Fatalne Jędze pełna ciekawości co to za zespół. Wychodząc do toalety, natknęłam się na pannę młodą.
- Och, cześć - powiedziałam, unosząc kąciki ust w promienny uśmiech.
- Witaj, Lily. Dziękuję za to, że pomogłaś w przygotowaniu do wesela - rzekła. - Jest naprawdę cudowne!
Machnęłam lekceważąco ręką.
- Drobiazg - odparłam. - Zresztą ja aż tak bardzo do tego wesela się nie przyczyniłam. Podziękowania bardziej należą się rodzicom Danny'ego i twoim.
- Ale mimo wszystko dużo pomagałaś w porządkach, pieczeniu ciast i wielu innych. Obserwowałam wasze poczynania przez okno, w czasie, kiedy kuzynki robiły mi fryzurę, a wierz mi, był to dość długotrwały proces - mrugnęła do mnie.
Zaśmiałam się perliście.
- Dobrze, nie zatrzymuję cię już dłużej, bo jeszcze się zorientują, że cię nie ma i zaczną poszukiwania - zażartowałam.
- Mam nadzieję, że jednak nie dojdzie do tej sytuacji, bo jeszcze koncert Fatalnych Jędz mi odwołają - odrzekła i natychmiast zasłoniła sobie usta dłonią. - Och nie! To miała być niespodzianka! - jęknęła.
- Dorcas mi już o tym powiedziała - poinformowałam.
- Tak? - zdziwiła się. - Miała nikomu nie mówić. No nieważne. Fatalne Jędze to mój ulubiony zespół, od kiedy pierwszy raz zagrały w Dziurawym Kotle. Nie ma co, są świetne! - zawołała. - A najlepsze jest to, że zagrają na moim własnym ślubie! No dobrze, idę zatańczyć z mężem. Do zobaczenia! - rzuciła na odchodne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)