Rozdział dużo dłuższy niż być powinien. Ale to chyba dobrze, prawda? :) Zapraszam do czytania i klikania w reakcje.
_______________
Tego wieczoru spałam na materacu rozłożonym w pokoju Dorcas. Nazajutrz rano, obudziła nas mama Dory z prośbą nakrycia do stołów. Wstałam i spojrzałam na zegarek. Była godzina dziesiąta. Pospiesznie ubrałyśmy się i zeszłyśmy do kuchni. Pani Meadowes podsunęła nam talerz z kanapkami i razem z jej siostrą oraz mamą Amy zabrały się do dalszego gotowania. Zjadłyśmy w milczeniu, a po skończonym posiłku wzięłyśmy ze sobą stos obrusów oraz talerzy i wyszłyśmy do dość sporych rozmiarów ogrodu. Na trawniku był już rozłożony ogromny, prostokątny stół, a wokół niego wujkowie Dorcas kończyli rozstawiać krzesła. Szybko uporałyśmy się z nakrywaniem, i niedługo potem poleciałyśmy kolejną rundkę tym razem po szklanki, a później jeszcze po sztućce, które sprawiły nam najwięcej kłopotów. Kiedy skończyłyśmy, przy furtce domu państwa Meadowes pojawili się Huncwoci. Syriusz z Bułgarii wrócił jedynie o odcień ciemniejszy, natomiast James ładnie opalony. Zastałyśmy go z zarumienionymi na złoty brąz policzkami, które ładnie współgrały z jego orzechowymi oczami, przy czym wyglądał jeszcze bardziej zachwycająco niż zwykle. Niewiele myśląc, podbiegłam i napadłam na Rogacza, w wyniku którym prawie się przewrócił. Oplotłam jego szyję ramionami i przyciągnęłam do siebie, przywierając wargami do jego ust. James objął mnie i odwzajemnił pocałunek, równie zachłannie co ja. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo mi go brakowało. Łapa chrząknął znacząco, a do mnie dotarło, że obserwują nas trzy osoby. Niechętnie odsunęłam się od Rogacza, który skomentował całe zajście słowami:
- Tak powinniśmy się witać codziennie.
Remus uśmiechnął się pod nosem, a Syriusz trzymając Dorcas za rękę wyszczerzył do mnie zęby i powiedział:
- A nie mówiłem, że jestem jasnowidzem? Jak ci przepowiedziałem, iż będziesz chodzić z Jamesem to nie uwierzyłaś - westchnął teatralnie. - Ale taki już los jasnowidzów. Nikt nie wierzy w ich zdolności.
Puściliśmy tą uwagę mimo uszu i podreptaliśmy do kuchni. Od razu dostaliśmy całą listę zleceń i rozeszliśmy się, aby wykonać swoją pracę. W dniu ślubu wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. O trzynastej, wraz z Dorcas skończyłyśmy swoją pracę i pobiegłyśmy na górę przygotować się do ślubu. Wzięłam prysznic i po pół godzinie wyszłam, a Dorcas zajęła moje miejsce. Ubrałam się w kremową sukienkę bez rękawów, którą dostałam na początku wakacji od rodziców, botki i beżowy sweterek. Dołożyłam do tego biżuterię, makijaż i rozczesałam włosy. Po upływie czasu, wyszła Dorcas już ubrana w granatową sukienkę, buty na lekkim obcasie w tym samym kolorze oraz niebieską bransoletkę i naszyjnik. Przyjaciółka nagrzała lokownicę i z moich kasztanowo-rudych włosów zrobiła lekkie fale. Kosmyki w pobliżu skroni, upięła beżowymi wsuwkami z małymi różyczkami. Swoje czarne włosy zgarnęła na prawy bok i pofalowała. Po ostatnich poprawkach, zeszłyśmy na dół i piechotą podreptałyśmy do małego, mugolskiego kościółka, mieszczącego się niedaleko miejsca zamieszkania przyjaciółki. W czasie drogi, dogonili nas przywdziani w czarne szaty wyjściowe Huncwoci z uczesanymi włosami, co stanowiło niecodzienny widok.
- Nie spóźniliśmy się? - zapytał Remus, lekko dysząc.
Pokręciłam przecząco głową.
- Akurat zjawiliście się w dobrym momencie. Za parę minut rozpocznie się ślub - odpowiedziała Dorcas.
Doszliśmy do kościółka. Ja, Dora i jeszcze trzy inne, starsze od nas dziewczyny były druhnami. Po dwóch minutach rozpoczął się marsz weselny. Wszyscy wstali. Pan młody czekał przed ołtarzem, a tata panny młodej powoli prowadził ją do niego. Po powiedzeniu sobie "tak" oraz szybkim pocałunku, ceremonia się skończyła i zaproszeni goście kierowali się do domu rodziców Dorcas, gdzie miała odbyć się dalsza część uroczystości. Wszyscy zaczęli podchodzić do Danny'ego i Amy, składając im życzenia oraz obdarowując prezentami. Ja również podeszłam, złożyłam im gratulacje oraz dałam kwiaty z dołączoną do nich kopertą. Nieco później goście zasiedli przy stole, a ja, Dorcas i mamy państwa młodych zaczęły przynosić dania. Stół zaczął zapełniać się przeróżnymi wyszukanymi potrawami, pieczeniami i zupami. Następnie nadeszła kolej na desery i napoje, gdzie głównie uczestniczyła ognista whiskey. Dorcas zdradziła mi, że specjalnie na tę okazję, jej rodzice zatrudnili początkujący zespół o nazwie Fatalne Jędze, jednakże dopiero wkroczy na scenę o dwudziestej trzeciej. Po posiłku, Danny i Amy zatańczyli pierwszy taniec, a po paru utworach zaczęły dołączać się kolejne pary. Huncwoci parokrotnie wyciągnęli mnie na parkiet. Do tańca zaprosili mnie również inni goście, w tym starsi kuzyni Dorcas. O godzinie dwudziestej pierwszej, było już ciemno. Znudziło mi się wirowanie na parkiecie i z niecierpliwością czekałam na Fatalne Jędze pełna ciekawości co to za zespół. Wychodząc do toalety, natknęłam się na pannę młodą.
- Och, cześć - powiedziałam, unosząc kąciki ust w promienny uśmiech.
- Witaj, Lily. Dziękuję za to, że pomogłaś w przygotowaniu do wesela - rzekła. - Jest naprawdę cudowne!
Machnęłam lekceważąco ręką.
- Drobiazg - odparłam. - Zresztą ja aż tak bardzo do tego wesela się nie przyczyniłam. Podziękowania bardziej należą się rodzicom Danny'ego i twoim.
- Ale mimo wszystko dużo pomagałaś w porządkach, pieczeniu ciast i wielu innych. Obserwowałam wasze poczynania przez okno, w czasie, kiedy kuzynki robiły mi fryzurę, a wierz mi, był to dość długotrwały proces - mrugnęła do mnie.
Zaśmiałam się perliście.
- Dobrze, nie zatrzymuję cię już dłużej, bo jeszcze się zorientują, że cię nie ma i zaczną poszukiwania - zażartowałam.
- Mam nadzieję, że jednak nie dojdzie do tej sytuacji, bo jeszcze koncert Fatalnych Jędz mi odwołają - odrzekła i natychmiast zasłoniła sobie usta dłonią. - Och nie! To miała być niespodzianka! - jęknęła.
- Dorcas mi już o tym powiedziała - poinformowałam.
- Tak? - zdziwiła się. - Miała nikomu nie mówić. No nieważne. Fatalne Jędze to mój ulubiony zespół, od kiedy pierwszy raz zagrały w Dziurawym Kotle. Nie ma co, są świetne! - zawołała. - A najlepsze jest to, że zagrają na moim własnym ślubie! No dobrze, idę zatańczyć z mężem. Do zobaczenia! - rzuciła na odchodne.
sobota, 10 listopada 2012
środa, 17 października 2012
50. Wakacje
Oto widzicie pięćdziesiątą notkę! Zapraszam do czytania! :D
_________________________
Pierwsze dwa tygodnie wakacji minęły mi zaskakująco szybko. Nie widywałam zbyt często Petunii, gdyż ta uciekała do swojego chłopaka, Vernona, zanim zdążyłam rano wyjść z pokoju. Całe dnie spędzałam z rodzicami, ale pojechałam również na kilka dni w odwiedziny do babci. Co drugi dzień pisałam listy do Jamesa i dowiedziałam się, że jest z rodzicami i Syriuszem na wakacjach w Bułgarii, ale wrócą już niedługo. Podczas tych pierwszych dwóch tygodni, parę razy wpadła do mnie Dorcas i odwrotnie. Zazwyczaj wychodziłyśmy do parku. Pokazywałam też przyjaciółce mugolskie miasto oraz sklepy, a kiedy padał deszcz, razem z Amy piekłyśmy ciasta na jej ślub i obrzucałyśmy się składnikami. Dziewczyna póki co pracuje jako kelnerka w Dziurawym Kotle, ale wzięła urlop z powodu zbliżającego się ślubu. Danny, cztery lata starszy brat Dorcas jest uzdrowicielem w szpitalu Świętego Munga i ma mnóstwo roboty. Nieraz wraca do domu o wiele później niż kończy pracę.
- To co, jutro ślub? - zagadnęłam Amy, kiedy skończyłyśmy obsypywać siebie nawzajem mąką i tworzyć jeszcze większy bałagan w kuchni państwa Meadowes.
- Tak, już się nie mogę doczekać - odpowiedziała, ścierając blat zieloną ściereczką. - Tak właściwie to miała to być niespodzianka, ale już dłużej nie mogę. Chcecie nieoficjalnie zobaczyć suknię ślubną?
- Pewnie! - przytaknęłyśmy chórem.
Szybko uwinęłyśmy się ze sprzątaniem i poleciałyśmy na strych. Żeby się tam dostać, musiałyśmy wejść drabiną. Po paru minutach znalazłyśmy się już na miejscu. Światło przedostawało się przez dwa panoramiczne okna, osadzone na obu końcach pomieszczenia. Strych w domu państwa Meadowes pełnił tą samą rolę, co w innych domach - służył jako składownia starych mebli i rzeczy. Można było tam zobaczyć podniszczoną i zjedzoną przez mole kanapę, połamane łóżeczko Dorcas, wyblakłą, niemodną komodę, potłuczony żyrandol oraz wiele tekturowych pudeł z pamiątkami rodzinnymi i innymi rzeczami. W kącie stał stojak z suknią ślubną, przykrytą wielkim, czarnym pokrowcem. Amy odgarnęła blond kosmyk z czoła i gestem dłoni wskazała na stojak. Uśmiechnięta podeszła do niego i powoli rozsunęła pokrowiec. Naszym oczom ukazała się sięgająca do ziemi, piękna, biała suknia ze srebrnymi zdobieniami, falbankami i bufiastymi rękawami. Zaparło mi dech w piersiach.
- Prześliczna - udało mi się wydukać.
- Dziękuję - odparła z uśmiechem. - Uszyła mi ją babcia.
- Będziesz wyglądać wspaniale - skomentowała Dorcas, kiedy znów odzyskała mowę. Podobnie jak ja, zaniemówiła z wrażenia.
- Również dziękuję. Skoro już wam pokazałam suknię, teraz czas na buty! - zawołała.
Obok stojaka stało kremowe, ozdobne pudełko. Amy schyliła się po nie i otworzyła wieko. W pudełku znajdowały się białe buty na lekkim obcasie ze srebrnymi zdobieniami.
- Cudowne są - szepnęła Dorcas. - Pasują do sukni.
- Mnie brakuje już przymiotników, żeby je opisać - zażartowałam.
Amy zaśmiała się dźwięcznie.
- Dzięki. Nie mogę uwierzyć, że to już jutro!
- Dziś wieczór z Bułgarii wraca James i Syriusz - oznajmiła Dorcas bardziej do mnie niż do swojej przyszłej bratowej. - Znasz ich może? - zapytała po chwili i skierowała wzrok na Amy.
- Oczywiście - odpowiedziała dziewczyna. - Moi rodzice i rodzice Jamesa chodzili razem do szkoły. Są ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni i w dzieciństwie byłam częstym gościem w domu państwa Potterów. W sumie to tych najwcześniejszych wizyt nie pamiętam, gdyż byłam tylko małym berbeciem. - Zaśmiała się. - Jak miałam dwa latka urodził się James i kiedy trochę podrósł, graliśmy w ogródku w Quidditcha na miotełkach. Następnie poszłam do Hogwartu i Potterów odwiedzałam tylko w wakacje. Nieco później James do mnie dołączył. Byłam wtedy na trzecim roku. Młody Potter zaprzyjaźnił się z Syriuszem, Remusem i Peterem. Kiedy byliśmy już starsi, a ja z rodzicami składałam wizytę Potterom, zawsze w piątkę coś wymyślaliśmy. James często o tobie, Lily, opowiadał. - Amy posłała mi znaczące spojrzenie i uśmiechnęła się ukazując rząd prostych zębów. - Ale później te odwiedziny były coraz rzadsze. Kiedy byłam w piątej klasie, a wy w trzeciej, większość czasu spędzałam z przyjaciółmi. James również stawał się starszy i miał swoje sprawy na głowie. Idąc do szóstej klasy, zaczęłam chodzić z twoim bratem, Dannym. A całkiem niedawno dowiedziałam się, że jesteś z Syriuszem - powiedziała, patrząc na Dorcas. - Ach, właśnie, chodzisz już może z Jamesem? - zapytała mnie. - Naprawdę dużo mi o tobie opowiadał.
- Co takiego mówił? - zainteresowałam się.
- Głównie komplementy, ale też to, że cały czas odrzucasz jego zaloty. To jak, chodzicie ze sobą?
Dorcas już otwierała buzię, aby coś odpowiedzieć, ale zatkałam jej usta dłonią.
- Nie - zaprzeczyłam, kręcąc głową. - To... skomplikowane - skwitowałam.
- Rozumiem - odrzekła i uśmiechnęła się ciepło, a na jej szczupłej twarzy pojawiły się słodkie dołeczki. - Chodźmy na dół, bo jeszcze zaczną nas szukać.
_________________________
Pierwsze dwa tygodnie wakacji minęły mi zaskakująco szybko. Nie widywałam zbyt często Petunii, gdyż ta uciekała do swojego chłopaka, Vernona, zanim zdążyłam rano wyjść z pokoju. Całe dnie spędzałam z rodzicami, ale pojechałam również na kilka dni w odwiedziny do babci. Co drugi dzień pisałam listy do Jamesa i dowiedziałam się, że jest z rodzicami i Syriuszem na wakacjach w Bułgarii, ale wrócą już niedługo. Podczas tych pierwszych dwóch tygodni, parę razy wpadła do mnie Dorcas i odwrotnie. Zazwyczaj wychodziłyśmy do parku. Pokazywałam też przyjaciółce mugolskie miasto oraz sklepy, a kiedy padał deszcz, razem z Amy piekłyśmy ciasta na jej ślub i obrzucałyśmy się składnikami. Dziewczyna póki co pracuje jako kelnerka w Dziurawym Kotle, ale wzięła urlop z powodu zbliżającego się ślubu. Danny, cztery lata starszy brat Dorcas jest uzdrowicielem w szpitalu Świętego Munga i ma mnóstwo roboty. Nieraz wraca do domu o wiele później niż kończy pracę.
- To co, jutro ślub? - zagadnęłam Amy, kiedy skończyłyśmy obsypywać siebie nawzajem mąką i tworzyć jeszcze większy bałagan w kuchni państwa Meadowes.
- Tak, już się nie mogę doczekać - odpowiedziała, ścierając blat zieloną ściereczką. - Tak właściwie to miała to być niespodzianka, ale już dłużej nie mogę. Chcecie nieoficjalnie zobaczyć suknię ślubną?
- Pewnie! - przytaknęłyśmy chórem.
Szybko uwinęłyśmy się ze sprzątaniem i poleciałyśmy na strych. Żeby się tam dostać, musiałyśmy wejść drabiną. Po paru minutach znalazłyśmy się już na miejscu. Światło przedostawało się przez dwa panoramiczne okna, osadzone na obu końcach pomieszczenia. Strych w domu państwa Meadowes pełnił tą samą rolę, co w innych domach - służył jako składownia starych mebli i rzeczy. Można było tam zobaczyć podniszczoną i zjedzoną przez mole kanapę, połamane łóżeczko Dorcas, wyblakłą, niemodną komodę, potłuczony żyrandol oraz wiele tekturowych pudeł z pamiątkami rodzinnymi i innymi rzeczami. W kącie stał stojak z suknią ślubną, przykrytą wielkim, czarnym pokrowcem. Amy odgarnęła blond kosmyk z czoła i gestem dłoni wskazała na stojak. Uśmiechnięta podeszła do niego i powoli rozsunęła pokrowiec. Naszym oczom ukazała się sięgająca do ziemi, piękna, biała suknia ze srebrnymi zdobieniami, falbankami i bufiastymi rękawami. Zaparło mi dech w piersiach.
- Prześliczna - udało mi się wydukać.
- Dziękuję - odparła z uśmiechem. - Uszyła mi ją babcia.
- Będziesz wyglądać wspaniale - skomentowała Dorcas, kiedy znów odzyskała mowę. Podobnie jak ja, zaniemówiła z wrażenia.
- Również dziękuję. Skoro już wam pokazałam suknię, teraz czas na buty! - zawołała.
Obok stojaka stało kremowe, ozdobne pudełko. Amy schyliła się po nie i otworzyła wieko. W pudełku znajdowały się białe buty na lekkim obcasie ze srebrnymi zdobieniami.
- Cudowne są - szepnęła Dorcas. - Pasują do sukni.
- Mnie brakuje już przymiotników, żeby je opisać - zażartowałam.
Amy zaśmiała się dźwięcznie.
- Dzięki. Nie mogę uwierzyć, że to już jutro!
- Dziś wieczór z Bułgarii wraca James i Syriusz - oznajmiła Dorcas bardziej do mnie niż do swojej przyszłej bratowej. - Znasz ich może? - zapytała po chwili i skierowała wzrok na Amy.
- Oczywiście - odpowiedziała dziewczyna. - Moi rodzice i rodzice Jamesa chodzili razem do szkoły. Są ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni i w dzieciństwie byłam częstym gościem w domu państwa Potterów. W sumie to tych najwcześniejszych wizyt nie pamiętam, gdyż byłam tylko małym berbeciem. - Zaśmiała się. - Jak miałam dwa latka urodził się James i kiedy trochę podrósł, graliśmy w ogródku w Quidditcha na miotełkach. Następnie poszłam do Hogwartu i Potterów odwiedzałam tylko w wakacje. Nieco później James do mnie dołączył. Byłam wtedy na trzecim roku. Młody Potter zaprzyjaźnił się z Syriuszem, Remusem i Peterem. Kiedy byliśmy już starsi, a ja z rodzicami składałam wizytę Potterom, zawsze w piątkę coś wymyślaliśmy. James często o tobie, Lily, opowiadał. - Amy posłała mi znaczące spojrzenie i uśmiechnęła się ukazując rząd prostych zębów. - Ale później te odwiedziny były coraz rzadsze. Kiedy byłam w piątej klasie, a wy w trzeciej, większość czasu spędzałam z przyjaciółmi. James również stawał się starszy i miał swoje sprawy na głowie. Idąc do szóstej klasy, zaczęłam chodzić z twoim bratem, Dannym. A całkiem niedawno dowiedziałam się, że jesteś z Syriuszem - powiedziała, patrząc na Dorcas. - Ach, właśnie, chodzisz już może z Jamesem? - zapytała mnie. - Naprawdę dużo mi o tobie opowiadał.
- Co takiego mówił? - zainteresowałam się.
- Głównie komplementy, ale też to, że cały czas odrzucasz jego zaloty. To jak, chodzicie ze sobą?
Dorcas już otwierała buzię, aby coś odpowiedzieć, ale zatkałam jej usta dłonią.
- Nie - zaprzeczyłam, kręcąc głową. - To... skomplikowane - skwitowałam.
- Rozumiem - odrzekła i uśmiechnęła się ciepło, a na jej szczupłej twarzy pojawiły się słodkie dołeczki. - Chodźmy na dół, bo jeszcze zaczną nas szukać.
piątek, 5 października 2012
49. Inwazja szczurów
Nie sądzicie, że to ironia losu? My mamy październik, a oni koniec czerwca! :( To niesprawiedliwe!
________________
Rano po raz ostatni w tym roku szkolnym zeszłam na śniadanie do wielkiej sali.
- Cześć - przywitał mnie Remus, dosiadając się do mnie. - Kurczę, ale ten czas w Hogwarcie leci. Dopiero co rozpoczęliśmy szósty rok.
- Zgadzam się - odparłam, jedząc jajko na miękko. - Co zamierzasz robić w wakacje? - zapytałam.
- Będę siedzieć w domu. - Zaśmiał się. - Pojadę jeszcze do babci, a resztę czasu spędzę z chłopakami. A ty?
- Ja podobnie - odpowiedziałam z uśmiechem. - Tylko, że ty nie masz starszej siostry, która nie potrafi ścierpieć twojego widoku.
- Na pewno sobie poradzisz - pocieszył mnie. - A tak poza tym, to zapraszam cię na moje urodziny.
- Masz urodziny? - zainteresowałam się. - Kiedy i gdzie organizujesz?
- W sierpniu, u mnie w domu. Dokładniej jeszcze nie wiem, ale jesteś już zaproszona, na razie nieoficjalnie.
- Dziękuję. Na pewno przyjdę - zapewniłam. - A co chciałbyś dostać ode mnie na urodziny?
- Nie kupuj nic, nie trzeba - odparł.
- Och, muszę. Jak to tak iść na urodziny bez prezentu?
- Dzień dobry! - przerwał nam Rogacz i usadowił się po mojej drugiej stronie. - Jak tam u was?
- Dobrze - odrzekłam. - A coś ty taki wesoły?
- A dlaczego pytasz? Nie mogę? - zdziwił się.
- Oczywiście, że możesz - stwierdziłam. - Tylko to takie... podejrzane.
James pokręcił głową zrezygnowany.
- Czy już nie można, jak każdy normalny uczeń, cieszyć się z nadchodzących wakacji?
- Można. Tylko, że zawsze masz taki dobry humor przed tym, jak wykręcasz jakiś numer - wyjaśniłam. A zresztą, to gdzie Syriusz i Peter? - dodałam po chwili, przyglądając się mu podejrzliwie.
- Nie wiem - wzruszył ramionami i zabrał się do jedzenia.
Nagle z uchylonych dębowych drzwi do wielkiej sali, wyłoniły się całe stada szczurów, we wszystkich możliwych kolorach. Kolorowe gryzonie zaczęły rozprzestrzeniać się po całym pomieszczeniu. Większość uczniów zaczęła uciekać, a dziewczyny piszczeć. Siedziałam w osłupieniu. Rogacz zachichotał, a rozbawiony Remus wywrócił oczami.
- Podoba się? - zapytał James.
- To wasza sprawka, prawda? - upewniłam się, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
- Tak - potwierdził. - Kolorowa inwazja szczurów, specjalnie z okazji końca roku szkolnego. Łapa to wymyślił - dodał.
Po chwili na kolana wlazł mi wielki, żółty gryzoń. Strzepnęłam go dłonią. Szczury zaczęły wchodzić do nogawek uczniów oraz na stoły, gdzie wpadały do półmisków z jedzeniem. Nauczyciele próbowali działać, jednak z niewielkim skutkiem.
- Słuchajcie, nie wiem jak wy, ale ja stąd idę - powiedziałam po chwili.
- Wiesz co, dobry pomysł - poparł Remus. - Rogacz, idziesz czy zostajesz?
- Idę. Nie chcę zostać zjedzony przez szczury.
W trójkę szybko ulotniliśmy się z wielkiej sali. Gryzonie również obległy korytarz, jednak w mniejszym stopniu.
- Już się domyślam, gdzie Syriusz i Peter - rzekłam.
- Tak, wypuszczają szczury po całym Hogwarcie, a szczególnie w pokoju wspólnym ślizgonów i gabinecie Filcha. Ja i James jesteśmy tak tylko, żeby podejrzenia nie padały na nas.
- Sprytne, ale i tak będziecie głównymi podejrzanymi.
Dwie godziny później
Zamykałam wieko kufra, podczas gdy Dorcas sprawdzała, czy niczego nie zostawiła pod łóżkiem.
- Jeszcze jeden - sapnęła i wyciągnęła fioletowego szczura. - Skąd one się wzięły w naszym dormitorium?
- Nie wiem. Szczerze powiedziawszy, cała ta inwazja byłaby śmieszna, gdyby nie to, że gryzonie przeniosły się też do nas.
- Dobrze, że już dziś tutaj nie śpimy - stwierdziła Dorcas. - Dobra, schodzimy już?
Kiwnęłam twierdząco głową i po chwili zeszłyśmy z kuframi do już wolnej od szczurów wielkiej sali. Niedługo później wsiadałyśmy już do powozów zaprzężonych w testrale.
- Lily, gdzie się podziali Huncwoci? - zapytała przyjaciółka, szturchając mnie w ramię. Wzruszyłam ramionami. Nagle jakby w odpowiedzi na te słowa, wyszła czwórka chłopców z uśmiechniętymi minami.
- Ha! Uszło nam na sucho - triumfował Syriusz. - Nie uwierzycie, jakie mieliśmy szczęście.
- Co się stało? - zapytałam zaciekawiona.
- Filch zauważył, jak Glizdek wypuszcza kolejne stado szczurów na korytarz i pociągnął go za ucho do Dumbledore'a, który po opowieści woźnego powiedział, że... bardzo mu się spodobała inwazja kolorowych szczurów! Tak, sam byłem zdziwiony, jak to usłyszałem. Do tego dyrektor dodał, iż bardzo mu się poprawił humor oraz, że odrobina śmiechu zawsze jest potrzebna. Filch był wściekły. Jedyne co mógł zrobić, to zanotować ten incydent w naszej księdze.
- No to wam się udało - skomentowałam.
- Co nie? Chciałbym mieć zawsze takiego farta - westchnął Łapa. - Przydałby się chociażby do tych nieszczęsnych owutemów.
Cała reszta podróży minęła nam na rozmowie. Po paru godzinach znaleźliśmy się z powrotem na Stacji King's Cross, rozpoczynając kolejne wakacje.
________________
Rano po raz ostatni w tym roku szkolnym zeszłam na śniadanie do wielkiej sali.
- Cześć - przywitał mnie Remus, dosiadając się do mnie. - Kurczę, ale ten czas w Hogwarcie leci. Dopiero co rozpoczęliśmy szósty rok.
- Zgadzam się - odparłam, jedząc jajko na miękko. - Co zamierzasz robić w wakacje? - zapytałam.
- Będę siedzieć w domu. - Zaśmiał się. - Pojadę jeszcze do babci, a resztę czasu spędzę z chłopakami. A ty?
- Ja podobnie - odpowiedziałam z uśmiechem. - Tylko, że ty nie masz starszej siostry, która nie potrafi ścierpieć twojego widoku.
- Na pewno sobie poradzisz - pocieszył mnie. - A tak poza tym, to zapraszam cię na moje urodziny.
- Masz urodziny? - zainteresowałam się. - Kiedy i gdzie organizujesz?
- W sierpniu, u mnie w domu. Dokładniej jeszcze nie wiem, ale jesteś już zaproszona, na razie nieoficjalnie.
- Dziękuję. Na pewno przyjdę - zapewniłam. - A co chciałbyś dostać ode mnie na urodziny?
- Nie kupuj nic, nie trzeba - odparł.
- Och, muszę. Jak to tak iść na urodziny bez prezentu?
- Dzień dobry! - przerwał nam Rogacz i usadowił się po mojej drugiej stronie. - Jak tam u was?
- Dobrze - odrzekłam. - A coś ty taki wesoły?
- A dlaczego pytasz? Nie mogę? - zdziwił się.
- Oczywiście, że możesz - stwierdziłam. - Tylko to takie... podejrzane.
James pokręcił głową zrezygnowany.
- Czy już nie można, jak każdy normalny uczeń, cieszyć się z nadchodzących wakacji?
- Można. Tylko, że zawsze masz taki dobry humor przed tym, jak wykręcasz jakiś numer - wyjaśniłam. A zresztą, to gdzie Syriusz i Peter? - dodałam po chwili, przyglądając się mu podejrzliwie.
- Nie wiem - wzruszył ramionami i zabrał się do jedzenia.
Nagle z uchylonych dębowych drzwi do wielkiej sali, wyłoniły się całe stada szczurów, we wszystkich możliwych kolorach. Kolorowe gryzonie zaczęły rozprzestrzeniać się po całym pomieszczeniu. Większość uczniów zaczęła uciekać, a dziewczyny piszczeć. Siedziałam w osłupieniu. Rogacz zachichotał, a rozbawiony Remus wywrócił oczami.
- Podoba się? - zapytał James.
- To wasza sprawka, prawda? - upewniłam się, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
- Tak - potwierdził. - Kolorowa inwazja szczurów, specjalnie z okazji końca roku szkolnego. Łapa to wymyślił - dodał.
Po chwili na kolana wlazł mi wielki, żółty gryzoń. Strzepnęłam go dłonią. Szczury zaczęły wchodzić do nogawek uczniów oraz na stoły, gdzie wpadały do półmisków z jedzeniem. Nauczyciele próbowali działać, jednak z niewielkim skutkiem.
- Słuchajcie, nie wiem jak wy, ale ja stąd idę - powiedziałam po chwili.
- Wiesz co, dobry pomysł - poparł Remus. - Rogacz, idziesz czy zostajesz?
- Idę. Nie chcę zostać zjedzony przez szczury.
W trójkę szybko ulotniliśmy się z wielkiej sali. Gryzonie również obległy korytarz, jednak w mniejszym stopniu.
- Już się domyślam, gdzie Syriusz i Peter - rzekłam.
- Tak, wypuszczają szczury po całym Hogwarcie, a szczególnie w pokoju wspólnym ślizgonów i gabinecie Filcha. Ja i James jesteśmy tak tylko, żeby podejrzenia nie padały na nas.
- Sprytne, ale i tak będziecie głównymi podejrzanymi.
Dwie godziny później
Zamykałam wieko kufra, podczas gdy Dorcas sprawdzała, czy niczego nie zostawiła pod łóżkiem.
- Jeszcze jeden - sapnęła i wyciągnęła fioletowego szczura. - Skąd one się wzięły w naszym dormitorium?
- Nie wiem. Szczerze powiedziawszy, cała ta inwazja byłaby śmieszna, gdyby nie to, że gryzonie przeniosły się też do nas.
- Dobrze, że już dziś tutaj nie śpimy - stwierdziła Dorcas. - Dobra, schodzimy już?
Kiwnęłam twierdząco głową i po chwili zeszłyśmy z kuframi do już wolnej od szczurów wielkiej sali. Niedługo później wsiadałyśmy już do powozów zaprzężonych w testrale.
- Lily, gdzie się podziali Huncwoci? - zapytała przyjaciółka, szturchając mnie w ramię. Wzruszyłam ramionami. Nagle jakby w odpowiedzi na te słowa, wyszła czwórka chłopców z uśmiechniętymi minami.
- Ha! Uszło nam na sucho - triumfował Syriusz. - Nie uwierzycie, jakie mieliśmy szczęście.
- Co się stało? - zapytałam zaciekawiona.
- Filch zauważył, jak Glizdek wypuszcza kolejne stado szczurów na korytarz i pociągnął go za ucho do Dumbledore'a, który po opowieści woźnego powiedział, że... bardzo mu się spodobała inwazja kolorowych szczurów! Tak, sam byłem zdziwiony, jak to usłyszałem. Do tego dyrektor dodał, iż bardzo mu się poprawił humor oraz, że odrobina śmiechu zawsze jest potrzebna. Filch był wściekły. Jedyne co mógł zrobić, to zanotować ten incydent w naszej księdze.
- No to wam się udało - skomentowałam.
- Co nie? Chciałbym mieć zawsze takiego farta - westchnął Łapa. - Przydałby się chociażby do tych nieszczęsnych owutemów.
Cała reszta podróży minęła nam na rozmowie. Po paru godzinach znaleźliśmy się z powrotem na Stacji King's Cross, rozpoczynając kolejne wakacje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)